W sanockim skansenie czas cofnął się o 100 lat! [ZWIASTUN I WYWIAD]
W sanockim skansenie czas cofnął się o 100 lat! Zobacz, jak wyglądały żniwa w Bieszczadach jeszcze w pierwszej połowie XX wieku.
Zboże jako podstawa przetrwania całej rodziny, sierp uważany za jedyne „słuszne” narzędzie i wiara, że nowinki techniczne mogą sprowadzić nieszczęście – tak wyglądały żniwa w Bieszczadach jeszcze w pierwszej połowie XX wieku. O dawnych zwyczajach żniwnych opowiada Karolina Surówka z Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku, gdzie regularnie odbywają się rekonstrukcje historycznych prac polowych.
Zboże ważniejsze niż cokolwiek innego
Dziś żniwa to dla większości z nas odległy obrazek z przeszłości, ale jeszcze sto lat temu decydowały o być albo nie być całych rodzin.
To nie była przesada. Od jednych zbiorów zależał cały kolejny rok, a nieudane żniwa oznaczały głód. Dodatkowym utrudnieniem była nieprzewidywalność pogody i trudności z przechowywaniem plonów zimą – niespodziewana odwilż mogła sprawić, że zgromadzona żywność po prostu gniła.
Co rosło na dawnych polach?
Rodzaj zboża zależał od tego, gdzie leżała dana wieś.
Sierp rządził przez wieki
Największym „bohaterem” opowieści okazuje się sierp – narzędzie, które przez setki lat pozostawało niezastąpione, mimo że praca nim była żmudna. Ścinało się wiązkę po wiązce, tyle, ile dało się złapać w dłoni, więc żniwa trwały długo.
Kosa, choć pojawiła się wcześniej, długo nie mogła wyprzeć sierpa przy zbiorze żyta – a to nie tylko kwestia przyzwyczajenia. Chodziło o jakość słomy: dbano nie tylko o same kłosy, ale też o to, by słoma żytnia pozostała niepołamana, bo służyła do krycia dachów.
Dopiero w latach 20. i 30. XX wieku, a w niektórych regionach dopiero po wojnie, na dobre zaczęły wchodzić do użytku kosy i kosiarki konne – ale nawet wtedy sierp jeszcze długo nie odchodził do lamusa.

„Dziadek ścinał sierpem, to i my musimy”
Najciekawszym wątkiem opowieści Karoliny Surówki jest wyjaśnienie, dlaczego mieszkańcy dawnych wsi tak niechętnie odchodzili od tradycyjnych metod. Powód nie był praktyczny, lecz mentalny – wiedza przekazywana była ustnie, z pokolenia na pokolenie, a odstępstwo od sprawdzonych metod przodków budziło lęk przed nieszczęściem czy klęską żywiołową jako karą za złamanie utartego porządku.
Ta obawa szczególnie silnie utrzymywała się w odciętych od świata, górskich wioskach, takich jak te w Bieszczadach.
Strzecha, która przetrwała do dziś
Dbałość o nienaruszoną słomę żytnią miała bardzo konkretny, praktyczny cel – pokrycia dachów. Ta tradycja jest żywa w sanockim skansenie do dziś: uprawiane tu żyto, choć to zaledwie kropla w morzu potrzeb, wraz ze słomą kupowaną, wciąż służy do wymiany strzech, bo tylko słoma żytnia nadawała się do tego celu w tym regionie.
Rekonstrukcje żniw w sanockim skansenie to nie tylko pokaz dawnych narzędzi, ale przede wszystkim lekcja o tym, jak bardzo zmienił się stosunek człowieka do pracy na roli – od świętego rytuału obwarowanego zakazami i wierzeniami, po dzisiejszą, zmechanizowaną codzienność.
Zobacz rekonstrukcję historycznych prac polowych:
